I Święta, i Ladacznica we mnie…

…czyli jak powracam do integralności i wewnętrznej dziewiczości

Już wiele lat temu zaczęłam zastanawiać się nad podziałem na role Świętej lub Ladacznicy, w które stereotypowo byłam wrzucana. Jakaś siła lub mądrość w głębi mojego ciała z całą mocą krzyczała „nie”, kiedy czułam się pod presją, by dokonać wyboru „albo-albo” – najpierw na poziomie czucia i określenia siebie, z czasem wyrażanego też ubiorem, a potem postawy i zachowań ujawniających się w relacjach i intymnych spotkaniach z mężczyznami. I kiedy do moich rozterek doszło jeszcze pomieszanie mężczyzn, którzy poszukiwali we mnie albo dziewicy, albo dziwki, powstał we mnie jeszcze większy zamęt i pomieszanie.
Na szczęście z czasem i z wiekiem zaczęłam zgłębiać tę tajemnicę kobiecości i seksualności. Najpierw zanurkowałam w przeszłość i zbadałam, jak one przejawiały się kiedyś? Oczywiście, nie mam pomysłu, że powrócę do życia jak w dawnych czasach. Jednak głęboko wierzę, że tam leży klucz do rozpoznania moich wewnętrznych zasobów i aspektów. Bo wierzenia, mitologie i starożytne rytuały stanowią projekcję tego, co mieszka w zbiorowej, a więc i mojej podświadomości. I kiedy odzyskałam te zasoby, moje ciało w naturalny sposób „dostraja” się do aspektów, które zintegrowała moja świadomość.

Dawno, dawno temu…

W czasach przedpatriarchalnych głównym bóstwem była Bogini Księżyca, nadrzędne bóstwo odpowiedzialne za seks i prokreację, za powstawanie nowego i zarazem unicestwianie starego życia. Co nie przeszkadzało jej w tym, by nosić zaszczytny przydomek Dziewicy lub Dziewicy-Matki, bo bogini ta nie potrzebowała męskiego partnera, który miałby ją uzupełniać czy nadawać jej swoją tożsamość.
Przez około 25 tysięcy lat kobietę uznawano za stwórczynię życia i czczono jako inkarnację Bogini. Wybrane przez wspólnotę kobiety były pośredniczkami między nią a bóstwem, kapłankami-szamankami, które przez święte rytuały i tańce transowe kierowały świętą energię seksualną na materialny świat. I w ten sposób wszyscy mieli dostęp do potęgi Bogini. Religia i seksualność były ze sobą ściśle powiązane, a seks miał charakter sakralny.
Kiedy na przełomie drugiego i pierwszego tysiąclecia przed naszą erą na tereny objęte kultem bogini i tym samym na społeczności matriarchalne najechały wojownicze plemiona, wyznające kult męskich bóstw, pojawiła się tak zwana prostytucja sakralna. Na starożytnym środkowym wschodzie, uznawanym za kolebkę naszej cywilizacji, Wielka Bogini żyła w zbiorowej świadomości jako bogini Isztar i tam, gdzie ją czczono, prostytucja świątynna stanowiła rdzeń rytuału religijnego, a jej kapłanki miały wysoką pozycję jako przedstawicielki sfery sacrum.
Ten rytuał religijny, zwany „świętym małżeństwem” (po grecku hieros gamos) w sposób istotny wiąże się ze sprawą dziewictwa w jego głębokim rozumieniu. Istniał on w kulturach przedchrześcijańskich, przetrwał w starożytnej Grecji, a wywodzi się prawdopodobnie z Babilonu. Zgodnie z nim każda kobieta, która pragnęła zyskać przydomek dziewicy, przynajmniej raz w życiu winna była udać się do świątyni Isztar albo Afrodyty (greckiej odpowiedniczki Isztar) i oddać się nieznanemu mężczyźnie. Intencją ceremoniału hieros gamos było uznanie i wyniesienie na ołtarze seksualności kobiety. A sam ten akt nie czynił kobiety zależną, bowiem mężczyzna był kimś nieznanym i zabraniano kontynuacji znajomości zawartej w świątyni.
Mało tego, kochanie się z nieznajomym mogło być ze strony kobiety aktem uzdrawiającego współczucia, w przypadku, gdy był to mężczyzna stary lub chory, który szukał w kontakcie z kobiecym bóstwem szansy na odnowienia sił życiowych.

Like a virgin…

To może nie być oczywiste dla nas, współczesnych kobiet, by zrozumieć takie doświadczenie, w którym kobieta i mężczyzna spotykają się na ołtarzu świątyni, a ich seksualność wyniesiona zyskuje wymiar uświęcenia. I dodatkowo przyjąć, że te właśnie kobiety, które zawarły „święte małżeństwo”, miały prawo zwać się dziewicami. Przydomek „dziewica” świetnie koegzystował w tych czasach z przydomkiem „ladacznica” czy „prostytutka”. Isztar ponoć mówiła o sobie często, że jest prostytutką. Afrodyta, bogini seksualności, prokreacji, zmysłowości, miała przydomek „dziewica”.
Analityczka jungowska Esther Harding uważa, że w czasach przedchrześcijańskich dziewictwo rozumiano zupełnie inaczej niż dzisiaj. Dosłowne znaczenie pojęcia „dziewica” ( w języku greckim „parthenos”) to „niezamężna kobieta” oraz „ta, która nie potrzebuje męża”. Termin „dziewictwo” opisywał duchowy i psychologiczny wymiar kobiety. Dziewicą mogła być w tym rozumieniu zarówno kobieta samotna, jak i wielodzietna matka, kobieta kilka razy zamężna, rozwódka czy wdowa albo ladacznica. To kobieta, dla której mężczyzna nie jest głównym sensem istnienia. Tak pojmowana „dziewica” nie odrzuca mężczyzny, nie uważa go za wroga ani za kogoś gorszego. Jest osobą niezależną, która przekroczyła swoje egocentryczne uwarunkowania, jest w „sama w sobie” i dzięki temu potrafi kochać i pozwala kochać innym. Czyli mówiąc inaczej, w psychologicznym znaczeniu dziewica to kobieta niezależna, posiadająca własną, zintegrowaną tożsamość.
Tak więc początkowo dziewictwo nie miało nic wspólnego z tym, jak rozumiemy je dziś. A podział na „świętą i kurwę”, „madonnę i ladacznicę”, „żonę i kochankę”, który nadal obowiązuje kulturowo, pojawił się zaledwie kilka tysięcy lat temu. Co mogę zrobić, żeby stać się w głębokim i mądrym rozumieniu tego słowa dziewicą? Jak zostać kobietą, która nie potrzebuje ani ulegać mężczyźnie, ani panować nad nim? Kobietą, która jest „sama w sobie”?

Świętość – aseksualna czyli seksualna?

By to zrobić, potrzebuję wydobyć moją cielesność, zmysłowość i seksualność z przestrzeni, w której króluje grzech, poczucie wstydu i winy. Jak to robię? Najpierw odkurzam i transformuję moje przekonania na temat ciała i seksualności. Przez pracę z ciałem i taniec oddaję się we władanie czysto kobiecej energii, która pozwala mi zakochać się we własnym ciele i totalnie zanurzyć się w energii, która wzbiera od podeszew moich stóp aż po czubek głowy. Ta energia jest nieopanowana i nie dążąca do panowania, bo jej moc tkwi w uczeniu się bezbronności i otwierania się. I wtedy moja dusza Dziewicy może przyjąć całą cielesność Ladacznicy. Bo asymilacja elementu Ladacznicy w Świętej oznacza dla mnie powiedzenie „TAK” ciału i namiętnościom na poziomie, którego nie zna pozbawiony ciała duch. I to jest brama do uznania świętości i ciała, i seksualności.
Więc kiedy zamieszkuję coraz bardziej moje ciało, szczególnie jego podstawę – miednicę, pośladki i moją joni (waginę), kiedy uzdrawiam moje ewentualne zranienia seksualne i żegnam ofiarę w sobie, uczę się wciąż mocniej i głębiej jak pozostawać przy sobie, stawać za sobą, wybierać najpierw siebie. Wzmacniam się i uniezależniam od tego, co zewnętrzne. Z czasem świadomie integruję aspekty wewnętrznego mężczyzny (lub jak nazwał go Jung, Animusa) i zawieram z nim alchemiczne wewnętrzne małżeństwo. Ten akt pozwala mi nie lgnąć do realnego mężczyzny i nie zawieszać się na nim czy pozostawać w uzależnieniu. Równocześnie mogę otwierać się wciąż bardziej i bardziej, i stawać się receptywną, bo moja siła wyrasta z delikatności i mogę sobie na to pozwolić.
I kiedy z tego miejsca spotykam się z moim ukochanym, to doświadczenie jest jak zanurzenie się w energii Świętej Ladacznicy, poddanie się jej i pozwolenie, by wypełnił mnie bezgranicznie kobiecy duch. Na jakimś subtelnym poziomie po wejściu w kobiecość bez utraty dziewictwa, daję nowe życie nie tylko sobie, ale i swojemu mężczyźnie, a nawet całemu stworzeniu – bo tym staje się uświęcony akt seksualny.

Tekst został opublikowany w e-magazynie „endorfina”.

Najbliższa edycja warsztatu dedykowanego archetypowi ŚWIĘTEJ LADACZNICY już 1 października 2015, więcej info tu.