Jestem seksualna, czyli pełna życia!

Jestem seksualna niezależnie od tego, czy jestem w związku. Moja seksualność jest ze mną zawsze, niezależnie od ilości osób w tym samym pokoju. I nie tylko w tych momentach, kiedy na horyzoncie pojawia się interesujący mężczyzna. Czuję ją, kiedy tkanina jedwabnej sukienki pieści moje biodra. Gdy morskie fale flirtują z moim nagim ciałem. Esej Izabeli Cisek.

Jestem seksualna niezależnie od tego, czy jestem w związku. Moja seksualność jest ze mną zawsze, niezależnie od ilości osób w tym samym pokoju. I nie tylko w tych momentach, kiedy na horyzoncie pojawia się interesujący mężczyzna. Czuję ją, kiedy tkanina jedwabnej sukienki pieści moje biodra. Gdy morskie fale flirtują z moim nagim ciałem. W momencie zlizywania z mojej dłoni słodkiego soku koloru krwi, wyciekającego z malin. Gdy czuję pożądanie i podniecenie z tego tylko prostego powodu, że jestem żywa, pulsująca i soczysta.

Dzielę się moją seksualnością z kimś, kto staje się dla mnie ważny. Jednak nie mam oczekiwania, że to on będzie wiedział lepiej niż ja, co ja lubię, czy co mnie podnieca. Dlatego sama dbam o to, by umieć z wprawą poruszać się po wklęsłych i wypukłych, suchych i wilgotnych terenach mojego ciała. Choć nie ukrywam, że to naprawdę rozkoszne, gdy czuły i dociekliwy kochanek z uważnością przeprowadza swoją własną ekspedycję badawczą.

Jednak nie zawsze tak było. Pamiętam dobrze czasy, kiedy od pasa w dół nie czułam NIC. Moje biodra były usztywnione, choć ciało zawsze miałam elastyczne. Siedziałem i chodziłam z mocno ściśniętymi udami. I choć lubiłam kontakty damsko-męskie, przez lata były one, delikatnie rzec ujmując, mało satysfakcjonujące. Bolesne. Trudne. Na zaciśnięciu. Bez kontaktu z samą sobą, czy zaklętą w ciele kobiecością. Bez radości, lekkości i zabawy – ona kiedyś nijak nie kojarzyła mi się z seksualnością.

Wszystko zmieniło się, dzięki pracy nad sobą poprzez ciało. To ono od razu poprowadziło mnie tam, gdzie potrzebowało, najpierw poprzez naukę hawajskiego masażu, potem lekcje otwierającego biodra tańca brzucha, doświadczenia ze świadomymi formami tańca i ruchu, aż do tantry.

I to był w pewnym sensie kres poszukiwań i zarazem początek nowego. Dzięki tantrze, która wielu osobom kojarzy się wybitnie z seksem, a oznacza szerzej rozumianą pracę z energią seksualną czyli siłą życiową, obrałam kurs na nową siebie. Tantra to dla mnie ścieżka rozwoju i przemiany, która uznaje seksualność za ważną, wręcz niezbędną sferę do poszerzania świadomości i umożliwiającą duchową przemianę. Uświęcony seks. Intymność wyniesiona do rangi sztuki. To balsam na zranienia kobiecych wagin i skuteczny „otwieracz” męskich serc. Przestrzeń na spotkanie się z kobiecością i męskością w sobie, a także w innych kobietach i mężczyznach, w których można się przeglądać jak lustrze. Możliwość zakosztowania bliskości, a nawet intymności w bezpieczniej atmosferze.

Całe moje ciało pokochało pracę z tą energią. Poczułam wielki szacunek dla kobiet i mężczyzn, kobiecości i męskości. Cieszę się akceptacją ciała – mojego i tych, które mogę podziwiać w ich różnorodności.

Mam wielką… słabość do energii seksualnej. To prawda, jestem dziedzicznie obciążona, bo moja góralska część rodziny jest, można by rzec, gorącej krwi. Babcia Helena, licząca sobie dziś 88 lat, jeszcze kilka lat temu na weselach brała się pod boki i śpiewała:

Felusiu, Felusiu

Nie róbże mi krzywdy

Ty na mnie wychodzisz

Ja na Ciebie nigdy

Oj dana, oj dana….

Dla pikanterii dodam, że wspomnianym Feliksem był mój ukochany Dziadek, a piosenki wyśpiewywała Babcia w wiejskim domu ludowym tuż obok kościoła już wiele, wiele lat temu.

Bardzo szanuję seksualną i zarazem życiową siłę, która może przejawiać się na różne sposoby i we wszystkich aktach stwarzania – a więc każdego dnia. Hołubię ją, co nie znaczy, że chodzę ulicami i dyszę. Jestem wrażliwa na to, kiedy się pojawia między ludźmi, a może bardziej – gdy ludzie choć trochę pozwalają sobie na to. Tworzę dla niej przestrzeń, kiedy się urzeczywistnia. Moja praktyka to: nie tłumić, nie tłamsić, nie zamykać, lecz pozwalać energii choć trochę się ujawnić. Umiejętnie zastosowany wentyl zazwyczaj sprawia, że napięcie w pomieszczeniu spada i wszystkim robi się milej i cieplej. No, może jednak nie wszystkim. Przyznaję, że często ludzie różnie reagują na tę urzeczywistnioną energię. To się nazywa ryzyko!

Bo w naszym totalnie roznegliżowanym, pełnym półnagich ciał, reklamujących, co tylko się da, świecie, świadoma siebie seksualność ulokowana jest w podziemiach. Nieuznawana przez religię, przyjęta przez kulturę w wypaczony sposób, zepchnięta do zbiorowego Cienia, próbuje znaleźć sobie ujście – w nadużyciach, przemocy, perwersjach. Nic dziwnego, że wiele kobiet i mężczyzn nosi w sobie seksualne zranienia, lęki, wstyd.

Uważam, że wszystko jest w naszych… hmm, rękach. Możemy odkrywać i uzdrawiać swoją seksualność. To proces wymagający wielkiej uważności i delikatności, domagający się innego tempa dla każdej osoby, indywidualnie wypracowanych zasad i świadomie wytyczonych granic. Mocno wierzę, że im więcej kobiet i mężczyzn będzie pracować nad swoją energią seksualną, tym bardziej wszyscy będziemy mieć szansę cieszyć się nią i czerpać z niej siłę.

Obejmuję tę piękną energię z wdzięcznością – za dar życia, za piękne spotkania z mężczyznami o otwartych sercach, za ekstazę i błogość. Oraz za ogrom sił do twórczych działań, którymi moja seksualność mnie zasila.
P.S. Kilka dni po napisaniu tego tekstu spotkałam się przy stole podczas uroczystej kolacji z moją Babcią Heleną. Sypała dowcipami, także tymi z podtekstem seksualnym i na koniec wypowiedziała jedno frapujące zdanie: „Kobieta to koryto miodu niewylizanego.” Na moje pytanie, skąd te słowa, odparła: „Ze mnie!”.

Tekst opublikowany został w e-magazynie „endorfina”.

Jeśli chcesz zgłębiać tajniki kobiecej seksualności, zapraszam Cię na mój warsztat „TY i Twoja seksualność”.